Pięćdziesiąt procent planu
Jaki był początek sezonu, wie każdy kibic Maple Leafs. Pierwsze zwycięstwo w meczu z Anaheim Ducks (6–3) wlało nieco optymizmu w moje serce, bowiem gra Toronto była naprawdę niezła. Porażka w Dallas po dogrywce… cóż, nie zawsze się wygrywa. Kolejnym przystankiem w wyjazdowym tournee było Buffalo i potyczka z miejscowymi Sabres.
Wszyscy fani NHL wiedzą jak ważny jest dla Buffalo Ryan Miller. Niestety, po raz kolejny udowodnił on ten fakt w piątkowy wieczór. To głownie dzięki jego wspaniałej postawie, gospodarze zdołali pokonać Toronto. Zaczęło się tradycyjnie, od straty bramki. Głupie faule, trochę pecha i dwa razy Maple Leafs musieli bronić się w trójkę. Drew Stafford wykorzystał zamieszanie podbramkowe i wyprowadził Sabres na prowadzenie. Kilka minut później potężna bomba Iana White z niebieskiej linii i mamy remis. Duże brawa należą się Ponikarovskyemu, który umiejętnie zasłonił pole widzenia Ryana Millera.
W drugiej tercji dobitnie przekonałem się o znaczeniu przysłowia „niewykorzystane sytuacja się mszczą”. Lee Stempniak nie trafił jadąc sam na sam z Millerem, natomiast później Tim Connolly w identycznej sytuacji po raz drugi wyprowadził Sabres na prowadzenie. Napór Maple Leafs nie ustawał, ale Miller zawsze był na posterunku. Gdy go tam nie było, w sukurs przychodziła mu poprzeczka (Beauchemin) lub słupek (Ponikarovsky).
Toronto dopięło swego w ostatniej minucie meczu, gdy kierunek lotu krążka po strzale Tomasa Kaberle zmienił Mikhail Grabovsky. W dogrywce po raz drugi na listę strzelców wpisał się Connolly (piękny strzał w okienko podczas przewagi 4 na 3) i trzeba było zadowolić się jednym punktem.
Podsumowując, bardzo dobry mecz w wykonaniu Maple Leafs – moim zdaniem najlepszy jak do tej pory w tym sezonie. W bramce poprawnie spisał się „Monster” (25 obronionych strzałów), napastnicy grali tak, jak się od nich oczekuje (silny forchecking, aktywna gra przy bandach, presja na przeciwniku). Cóż, zabrakło szczęścia – zdarza się.
Ostatnim spotkaniem przed powrotem do domu był mecz ze znienawidzonymi Canadiens. W wieczór Halloween, gospodarze po raz drugi w tym sezonie pokonali Toronto. Podobnie jak w meczu inaugurującym sezon, po 60 minutach gry na tablicy wyników widniał remis. Za pierwszym razem Canadiens przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę w dogrywce, wczoraj potrzebne były rzuty karne.
Po raz pierwszy w tym sezonie gracze Maple Leafs zdobyli bramkę jako pierwsi. Szczęśliwym strzelcem okazał się Alexei Ponikarovsky. Niestety, trzy kolejne bramki były dziełem Canadiens, którzy pokonali broniącego we wczorajszym meczu Vesę Toskalę. Trener Ron Wilson mając na uwadze niedawne problemy ze zdrowiem Jonasa Gustavssona, nie chciał ryzykować wystawiając go w czwartym kolejnym spotkaniu na przestrzeni 6 dni.
Gdy Lee Stempniak zmniejszył rozmiary prowadzenia „Habs”, wydawało się że drużyna z Toronto pójdzie za ciosem. Nic z tych rzeczy, gospodarze podwyższyli na 4–2 i kontrolowali przebieg meczu. Końcówka meczu to zryw Maple Leafs. Najpierw na listę strzelców po raz drugi wpisuje się Ponikarovsky (ten zawodnik chyba lubi grać przeciwko Canadiens, w swojej karierze zdobył 25 punktów w trakcie meczów z tą drużyną) a następnie Tomas Kaberle doprowadza do dogrywki. Ta nie przynosi rezultatu, i dopiero rzuty karne decydują o wyniku spotkania.
Moim zdaniem mecz w Montrealu w wykonaniu zawodników z Toronto był nieco słabszy niż pojedynek z Sabres. Maple Leafs popełnili dużo błędów w obronie, a Toskala chyba ostatecznie „przekonał” Wilsona do tego, iż aktualnie jest gotowy w sam raz na pozycję….. drugiego bramkarza.
Jakie było to tournee? Z jednej strony, 5 punktów na 10 możliwych to nie jest oszałamiający wynik. Z drugiej, cieszy postawa Toronto, która daje solidne podstawy do tego, aby patrzeć w przyszłość z optymizmem. Wyróżniłbym Jonasa Gustavssona (chłopak pokazał, że ma ogromny potencjał – czeka go jeszcze trochę pracy aby przystosować się do stylu gry NHL, ale powinien sobie poradzić) i Tomasa Kaberle. Czeski obrońca w każdym kolejnym spotkaniu udowadnia, iż decyzja o pozostawieniu go w Toronto była przysłowiowym „strzałem w 10”. W trakcie ostatnich pięciu spotkań Kaberle zdobył 13 punktów – rewelacyjny wynik.
We wtorkowym meczu z Tampa Bay Lightning, na 99% po raz pierwszy w barwach Maple Leafs zobaczymy Phila Kessela. Oby szybko wpasował się do drużyny i był tak skuteczny jak w Bostonie. Go Leafs go!
