Pięćdziesiąt procent planu

1 listopada, 2009 (21:14) | NHL | By: Wojciech Świerkot

Jaki był po­czą­tek se­zonu, wie każdy ki­bic Maple Leafs. Pierwsze zwy­cię­stwo w me­czu z Anaheim Ducks (6–3) wlało nieco opty­mi­zmu w moje serce, bo­wiem gra Toronto była na­prawdę nie­zła. Porażka w Dallas po do­grywce… cóż, nie za­wsze się wy­grywa. Kolejnym przy­stan­kiem w wy­jaz­do­wym to­ur­nee było Buffalo i po­tyczka z miej­sco­wymi Sabres.

Wszyscy fani NHL wie­dzą jak ważny jest dla Buffalo Ryan Miller. Niestety, po raz ko­lejny udo­wod­nił on ten fakt w piąt­kowy wie­czór. To głow­nie dzięki jego wspa­nia­łej po­sta­wie, go­spo­da­rze zdo­łali po­ko­nać Toronto. Zaczęło się tra­dy­cyj­nie, od straty bramki. Głupie faule, tro­chę pe­cha i dwa razy Maple Leafs mu­sieli bro­nić się w trójkę. Drew Stafford wy­ko­rzy­stał za­mie­sza­nie pod­bram­kowe i wy­pro­wa­dził Sabres na pro­wa­dze­nie. Kilka mi­nut póź­niej po­tężna bomba Iana White z nie­bie­skiej li­nii i mamy re­mis. Duże brawa na­leżą się Ponikarovskyemu, który umie­jęt­nie za­sło­nił pole wi­dze­nia Ryana Millera.

W dru­giej ter­cji do­bit­nie prze­ko­na­łem się o zna­cze­niu przy­sło­wia „nie­wy­ko­rzy­stane sy­tu­acja się msz­czą”. Lee Stempniak nie tra­fił ja­dąc sam na sam z Millerem, na­to­miast póź­niej Tim Connolly w iden­tycz­nej sy­tu­acji po raz drugi wy­pro­wa­dził Sabres na pro­wa­dze­nie. Napór Maple Leafs nie usta­wał, ale Miller za­wsze był na po­ste­runku. Gdy go tam nie było, w su­kurs przy­cho­dziła mu po­przeczka (Beauchemin) lub słu­pek (Ponikarovsky).

Toronto do­pięło swego w ostat­niej mi­nu­cie me­czu, gdy kie­ru­nek lotu krążka po strzale Tomasa Kaberle zmie­nił Mikhail Grabovsky. W do­grywce po raz drugi na li­stę strzel­ców wpi­sał się Connolly (piękny strzał w okienko pod­czas prze­wagi 4 na 3) i trzeba było za­do­wo­lić się jed­nym punktem.

Podsumowując, bar­dzo do­bry mecz w wy­ko­na­niu Maple Leafs – moim zda­niem naj­lep­szy jak do tej pory w tym se­zo­nie. W bramce po­praw­nie spi­sał się „Monster” (25 obro­nio­nych strza­łów), na­past­nicy grali tak, jak się od nich ocze­kuje (silny for­chec­king, ak­tywna gra przy ban­dach, pre­sja na prze­ciw­niku). Cóż, za­bra­kło szczę­ścia – zda­rza się.

Ostatnim spo­tka­niem przed po­wro­tem do domu był mecz ze znie­na­wi­dzo­nymi Canadiens. W wie­czór Halloween, go­spo­da­rze po raz drugi w tym se­zo­nie po­ko­nali Toronto. Podobnie jak w me­czu in­au­gu­ru­ją­cym se­zon, po 60 mi­nu­tach gry na ta­blicy wy­ni­ków wid­niał re­mis. Za pierw­szym ra­zem Canadiens prze­chy­lili szalę zwy­cię­stwa na swoją stronę w do­grywce, wczo­raj po­trzebne były rzuty karne.

Po raz pierw­szy w tym se­zo­nie gra­cze Maple Leafs zdo­byli bramkę jako pierwsi. Szczęśliwym strzel­cem oka­zał się Alexei Ponikarovsky. Niestety, trzy ko­lejne bramki były dzie­łem Canadiens, któ­rzy po­ko­nali bro­nią­cego we wczo­raj­szym me­czu Vesę Toskalę. Trener Ron Wilson ma­jąc na uwa­dze nie­dawne pro­blemy ze zdro­wiem Jonasa Gustavssona, nie chciał ry­zy­ko­wać wy­sta­wia­jąc go w czwar­tym ko­lej­nym spo­tka­niu na prze­strzeni 6 dni.

Gdy Lee Stempniak zmniej­szył roz­miary pro­wa­dze­nia „Habs”, wy­da­wało się że dru­żyna z Toronto pój­dzie za cio­sem. Nic z tych rze­czy, go­spo­da­rze pod­wyż­szyli na 4–2 i kon­tro­lo­wali prze­bieg me­czu. Końcówka me­czu to zryw Maple Leafs. Najpierw na li­stę strzel­ców po raz drugi wpi­suje się Ponikarovsky (ten za­wod­nik chyba lubi grać prze­ciwko Canadiens, w swo­jej ka­rie­rze zdo­był 25 punk­tów w trak­cie me­czów z tą dru­żyną) a na­stęp­nie Tomas Kaberle do­pro­wa­dza do do­grywki. Ta nie przy­nosi re­zul­tatu, i do­piero rzuty karne de­cy­dują o wy­niku spotkania.

Moim zda­niem mecz w Montrealu w wy­ko­na­niu za­wod­ni­ków z Toronto był nieco słab­szy niż po­je­dy­nek z Sabres. Maple Leafs po­peł­nili dużo błę­dów w obro­nie, a Toskala chyba osta­tecz­nie „prze­ko­nał” Wilsona do tego, iż ak­tu­al­nie jest go­towy w sam raz na po­zy­cję….. dru­giego bramkarza.

Jakie było to to­ur­nee? Z jed­nej strony, 5 punk­tów na 10 moż­li­wych to nie jest osza­ła­mia­jący wy­nik. Z dru­giej, cie­szy po­stawa Toronto, która daje so­lidne pod­stawy do tego, aby pa­trzeć w przy­szłość z opty­mi­zmem. Wyróżniłbym Jonasa Gustavssona (chło­pak po­ka­zał, że ma ogromny po­ten­cjał – czeka go jesz­cze tro­chę pracy aby przy­sto­so­wać się do stylu gry NHL, ale po­wi­nien so­bie po­ra­dzić) i Tomasa Kaberle. Czeski obrońca w każ­dym ko­lej­nym spo­tka­niu udo­wad­nia, iż de­cy­zja o po­zo­sta­wie­niu go w Toronto była przy­sło­wio­wym „strza­łem w 10”. W trak­cie ostat­nich pię­ciu spo­tkań Kaberle zdo­był 13 punk­tów – re­we­la­cyjny wynik.

We wtor­ko­wym me­czu z Tampa Bay Lightning, na 99% po raz pierw­szy w bar­wach Maple Leafs zo­ba­czymy Phila Kessela. Oby szybko wpa­so­wał się do dru­żyny i był tak sku­teczny jak w Bostonie. Go Leafs go!

Wojciech Świerkot

Wojciech Świerkot


rocz­nik ’85, z wy­kształ­ce­nia po­li­to­log i dzien­ni­karz, za­wo­dowo zaj­muje się mar­ke­tin­giem, a jego naj­więk­szą pa­sją jest .….… ho­kej na lo­dzie — to tak w wiel­kim skró­cie. Prywatnie ki­bi­cuję KH Sanok i Toronto Maple Leafs.