Co za mecz!
To było spotkanie godne finału! Jedenaście bramek, wspaniałe ataki ciałem, sytuacja zmieniająca się jak w kalejdoskopie oraz to co najważniejsze — emocje aż do ostatnich sekund! Młodzieżowa reprezentacja USA pokonała swoich rówieśników z Kanady i to ona może szczycić się tytułem najlepszej drużyny juniorskiej na świecie w roku 2010.
Gdy w trzeciej minucie Luke Adam wyprowadził Kanadyjczyków na prowadzenie, wydawało się że nic nie przeszkodzi im w zdobyciu rekordowego, szóstego tytułu mistrzowskiego z rzędu. Zawodnicy USA nie załamali się jednak początkowym niepowodzeniem i ruszyli do odrabiania strat. Najpierw Chris Kreider, a następnie Jordan Schroeder w odstępie 38 sekund dwukrotnie pokonali Jake’a Allena i na 4 minuty przed końcem tercji to podopieczni Dana Blais prowadzili 2–1. To nie był koniec emocji w pierwszych dwudziestu minutach spotkania. Po błędzie obrony rywali, Greg Nemisz doprowadził do remisu.
Początek drugiej tercji to piękny strzał z niebieskiej linii Johna Carlsona i ponowne prowadzenie USA. Kanadyjczycy rzucili się do ataku, widząc że w tym meczu nic nie przyjdzie im łatwo. Gdy w zamieszaniu podbramkowym Taylor Hall pokonał goalkeepera USA, trener Dan Blais nie wytrzymał i posadził swojego bramkarza na ławce. Trudno nie zgodzić się z tą decyzją, to faktycznie nie był dobry dzień Mike’a Lee. Zastąpił go zaledwie 17-letni Jack Campbell. Jak się później okazało, był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę.
Ostatnie 20 minut to ogromna dawka emocji. Najpierw D’Amigo (prospekt Toronto, świetny turniej w jego wykonaniu) a następnie Stepan wyprowadzają USA na, wydawałoby się bezpieczne, dwubramkowe prowadzenie. Trener gospodarzy Willie Desjardins, podobnie jak jego vis a vis, również zdecydował się na manewr ze zmianą goalkeepera. Między słupkami kanadyjskiej bramki stanął Martin Jones. Czas płynął nieubłaganie, a na tablicy nadal widniał wynik 5:3 dla reprezentacji Stanów Zjednoczonych. Gdy do końca meczu zostawało trzy minuty, mało kto wierzył w sukces gospodarzy. W takich momentach do gry wchodzi Jordan Eberle. Młody Kanadyjczyk, wybrany najlepszym zawodnikiem turnieju, w ubiegłym roku strzelił gola dającego jego drużynie remis w meczu z Rosją i możliwość walki w dogrywce. W tym sezonie Eberle uczynił to samo. Dwa razy. Najpierw zmniejszył straty wykorzystując okres gry w przewadze Kanady, a następnie doprowadził trybuny do szaleństwa strzelając na 5:5, zaledwie 95 sekund przed końcem meczu.
Niewiele drużyn potrafiłoby podnieść się po takich ciosach. Jeszcze 180 sekund przed końcem wydawało się, że drużyna USA bez problemu dowiezie prowadzenie do końca. Tymczasem trzeba było walczyć w dogrywce i o tym kto zostanie mistrzem miał zadecydować ten jeden, jedyny gol. Akcja za akcje, strzał za strzał — było co oglądać. Wreszcie, w 5 minucie, John Carlson, obrońca USA na co dzień występujący w Hershey Bears, wykorzystał błąd defensywy Kanady i ruszył z kontrą na bramkę Jonesa. Choć miał możliwość podania do swojego partnera, przymierzył, a następnie znakomitym strzałem “ściągnął pajęczynę” z okienka kanadyjskiej bramki. Chwile później utonął w objęciach kolegów, w tym momencie już mistrzów świata u20.
Mistrzowie Świata u20 2010 — reprezentacja USA
Photo: Vinnick-Manor / HHOF-IIHF Images
Ten mecz to prawdziwa “wisienka na torcie”, świetnie podsumowujący niezwykle udany turniej. Młode pokolenie zawodników zaprezentowało bardzo dobry hokej, i choć kilka spotkań zakończyło się wysokimi wynikami, trudno narzekać na nudę. Szkoda tylko, że w tym gronie nie było naszej reprezentacji. Może kiedyś będzie nam jeszcze dane zobaczyć naszych juniorów w starciu z najlepszymi na świecie.
Zapraszam do obejrzenia skrótu ze spotkania finałowego
-
miguel17
-
miguel17

